Betlejem. miasto (nie)pokoju

18.08.2018

Gdy jedzie się do Izraela, oczywistością wydaje się odwiedzenie Betlejem, miejsca świętego dla Chrześcijan. Jednak to brzydkie i hałaśliwe miasto to coś o wiele więcej niż miejsce narodzin Jezusa. Mówiąc szczerze, Bazylika Narodzenia zrobiła na mnie najmniejsze wrażenie, nie mówiąc o tym, że nie przysporzyła mi jakichkolwiek przeżyć religijnych. Ale po kolei... 

Jak pisałam TUTAJ sobota to w Izraelu czas świętowania. Nieczynne jest wszystko, więc logicznym wydaje się spędzenie tego dnia na terytorium Autonomii Palestyńskiej. Bo na początku trzeba zaznaczyć, że Betlejem NIE należy do Izraela. Zauważyłam, że większość blogerów opis Betlejem spokojnie "dorzuca" do zakładki "Izrael", ale ja będę upierać się, że warto Palestynie poświęcić "osobną" zakładkę. (Oj widzę, że trudno mi będzie zachować "chłodno - informacyjny" ton tego wpisu, bez wdawania się w politykę. Chyba nawet nie będę próbować ;) ). 

Wracając do tematu...

Sobotni poranek oznaczał dla nas wyprawę z Jerozolimy na drugą stronę muru. Autobusy startują z dworca przy bramie Damasceńskiej (autobus nr 231). Uwaga: w sąsiedztwie bramy są w sumie dwa dworce i przystanek autobusowy :) Chodzi o dworzec najbardziej na lewo patrząc od Jaffa Road. Ewidentnie najbardziej arabski. I to nie jest żaden rasistowski przymiotnik, tylko stwierdzenie faktu. Dworzec z którego startują autobusy żydowskie jest bardziej europejski (i przede wszystkim w sobotę pusty ;) ). Arabski jest głośny, niedaleko suku i w sobotę pełen życia. I to tyle. Jeśli chodzi o standard, bezpieczeństwo czy cenę autobusy arabskie i żydowskie są dokładnie takie same. Bilet do Jerozolimy kosztuje 8 szekli czyli ok 8 zł. 

 

 

Przejazd trwa ok 30-40 minut. Z centrum Jerozolimy wyjeżdża się na przedmieścia i przez niedługą chwilę szosa wiedzie przez mniej zamieszkałe tereny, a potem niezauważalnie przekracza się granicę Autonomii Palestyńskiej i pejzaż się zmienia. Robi się... ciasno. Betlejem jest bardzo gęsto zabudowane. Tuż przy granicy widać (jeszcze po stronie Izraelskiej) także zwarte osiedla, okolone murem. Przygnębiające wrażenie. Ale po stronie Palestyńskiej ono się multiplikuje. Dom w dom, spalona sucha ziemia i co jakiś czas widoczny słynny mur. Symbol. Mur, którym Izraelczycy odgrodzili się od Palestyńczyków. Wysoki, betonowy, z drutem kolczastym na górze. 

Choć wiadomo, że 99% pasażerów (w tym wszyscy turyści) chce autobusem dojechać do centrum Betlejem, autobus zatrzymuje się na przedmieściach. W brzydkiej, mało sympatycznie wyglądającej dzielnicy mieszkalnej. To, że tak powiem, "spisek" uknuty, by dodatkowo zarobić na turystach. Możecie albo iść ok 1,5km przez osiedla (oczywiście starannie zdjęto drogowskazy, a nikt nie wskaże wam drogi), albo wziąć jedną z oczekujących przy przystanku taksówek. Choć normalnie złoszczą mnie tego typu niespodzianki to tutaj bez wahania zdecydowałam się na drugą opcję. Widać, że tam bieda, aż piszczy, nic mi się nie stało gdy zapłaciłam kilka szelki więcej, a zwyczajnie, po ludzku dałam zarobić taksówkarzowi.  Wydaje mi się, że warto zdobyć się na taki gest. Oczywiście warto także się targować. Nam udało się zejść z ceny do rozsądnego poziomu, a taksówkarz oprócz przejazdu do Bazyliki zaproponował przejechanie się na punkt widokowy (zdjęcie powyżej), oraz pod mur, tam gdzie zobaczyć można oryginalne graffiti Banksy'ego. Zatem ruszyliśmy. 

Kim jest Banksy? Nie będę się tutaj dzielić koncepcjami, które mieli nasi międzynarodowi znajomi z tego wyjazdu, dość że ekscentryczny i tajemniczy artysta jest na ustach każdego turysty odwiedzającego Izrael, a już na pewno Autonomię Palestyńską. Znany z niepoprawnych politycznie poglądów i z tego jak zaangażowane komunikaty zawiera w swoich muralach, na terytorium Autonomii postanowił zrobić więcej, niż tylko pobawić się sztuką. Banksy otworzył pod murem hotel, w którym pracują Palestyńczycy. Z jednej strony daje ludziom zarobić, z drugiej strony oryginalnym wystrojem i jak zapowiada slogan reklamowy "Najgorszym widokiem na świecie" - bo okna pokoi wychodzą dosłownie na mur, przypomina Europejczykom i Amerykanom, że to co dzieje się w Palestynie nie jest tak całkiem w porządku. 

Nasz taksówkarz podwiózł nas w 3 miejsca gdzie można zobaczyć grafiki Banksy'ego. Słynny żołnierz któremu dziecko daje kwiatka jest w całości obudowany sklepikiem z pamiątkami, prowadzonym przez palestyńską rodzinę. Dziewczynka z balonikiem jest obok kolejnego sklepiku. Repliki grafik są na kubeczkach, koszulkach i magnesach na lodówkę. Znowu ileś osób ma z czego żyć... Mnie najbardziej wzruszył mural, który widzicie poniżej. W zasadzie nie trzeba słów. 

 

 

Cały, robiący przygnębiające wrażenie mur, jest pokryty grafikami artystów z całego świata. Ale nie znajdziecie tam raczej serc przebitych strzałą, czy wyznań w kierunku ulubionego albo znienawidzonego piłkarskiego klubu, tak typowych dla grafik na naszych murach i ścianach. Każdy obrazek na murze to mniej lub bardziej zawoalowane oświadczenie polityczne, czasem społeczne. Cały mur od strony palestyńskiej to rodzaj kolorowego, niemego hyde parku. Zrobił na mnie kolosalne wrażenie. 

 

 

Po około godzinnej przejażdżce przez brudne, smutne i gwarne osiedla wzdłuż muru, dojechałyśmy do centrum miasta, pod Bazylikę Narodzenia. I po raz kolejny powiem to, nie byłam pielgrzymem, nie spodziewałam się "niewiadomojakich" religijnych uniesień... ale kolejne 4 godziny totalnie mnie zdegustowały i zniesmaczyły. Po pierwsze pechowo właściwie cała Bazylika była akurat w remoncie. No ale "pech to pech". Trudno. Stajemy w ogonku, który prowadzi kręcąc się jak wąż boa, przez boczną nawę, nawę główną, między rusztowaniami, do zejścia do podziemi, gdzie według tradycji religijnej był słynny żłóbek, w którym 2017 lat wcześniej narodził się Mesjasz. No i teraz tak... dookoła setki ludzi pchających się, gadających, a często wrzeszczących, we wszystkich językach świata. Pechowo przed nami wycieczka z Rumunii, za nami pielgrzymka z Rosji. Bezczelny przewodnik rosyjski wpycha się przed nas, ze swoimi pielgrzymami. Na zwróconą po polsku uwagę reaguje zdecydowanie niemiło. Wobec naszej nieustępliwości robi mu się głupio, próbuje jeszcze zaczepiać, ale "się odwala". 

Stoimy. Godzinę. Dwie godziny. Kolejka prawie się nie rusza, ludzie się pchają... jak ja nienawidzę tłumów!!! No ale wiadomo, drugi raz tu nie przyjedziemy, to stoimy dalej, dusząc w sobie złość i słowa, których nie należy wypowiadać nie tylko w miejscach świętych, ale generalnie nigdzie...

Po prawie 3 godzinach widzimy drzwi, a właściwie bramę, przez którą grupki mogą wchodzić pod zejście do podziemi. Oczywiście... kilka osób przed nami drzwi zostają zamknięte. Ciśnienie rośnie. Dla sportu zajmujemy się odczytywaniem podpisów z cyklu "byłem tu Stefan", które znudzeni pielgrzymi zostawili na białych plandekach osłaniających rusztowania i stanowiska prac, odnawiających Bazylikę konserwatorów. W końcu, staczając kolejną słowną walkę z przewodnikiem Rosjan, który po raz kolejny usiłuje nas wykolegować z kolejki, możemy podejść pod schodki do podziemi. Wtedy zaczyna się już absolutny idiotyzm. Rozmodlone staruszki zaczynają spychać się wzajemnie ze schodów. Nie wytrzymałam i nieco zbyt głośno powiedziałam po polsku, żeby się przestali wygłupiać, bo to w końcu kościół jest i nie wypada... trochę poskutkowało na osoby stojące najbliżej nas. Generalnie dając się spychać po tych kilku schodkach do najważniejszego chyba miejsca dla Chrześcijan czułam totalny smutek i zdegustowanie. 

 

 

Na dole jakoś się sytuacja odrobinkę uspokoiła. Cała kapliczka ma kilkanaście metrów kwadratowych. Z boku stoi wyściełana na niebiesko wnęka gdzie ponoć stały zwierzęta, a schodząc po schodach wychodzi się na ołtarzyk złoty, zawieszony wotami i kadzidłami. Każdy klęka i dotyka dłonią, bądź jeśli starcza mu sił, oraz czasu i kolejna osoba z kolejki nie wchodzi mu na głowę, może nawet ucałować, złotą gwiazdę. Miejsce gdzie ponoć stał Żłóbek. 

Jakby mało było atmosfery bazarowej w złym tego słowa znaczeniu, przy ołtarzy stał mnich (akurat w tym momencie Ortodoks), który bezceremonialnie pośpieszał, żeby nie marudzić, szybko wstawać z klęczek i przesuwać się dalej. Wszystko rozumiem, kolejka ludzi na górze (nawet nie chcę myśleć co tam się musi dziać na przykład w czasie Bożego Narodzenia...), ale nie było to na miejscu w moim odczuciu. Na pocieszenie mnich wciskał wszystkim święte obrazki... 

Szczęśliwie większość pielgrzymów słuchało się i po osiągnięciu celu, czyli dotknięciu gwiazdy posłusznie drugimi schodkami opuszczało podziemia. Dzięki temu spokojnie opuściłam kolejkę i miałam chwilkę na rozejrzenie się po innych szczegółach tej podziemnej kaplicy, co polecam. Jest bardzo ciekawa, piękna w swojej prostocie i ma w sobie coś uroczo starego. Wszystko nieco duszne, krzywe i przykurzone, ale jakieś takie ludzkie. 

 

 

Po tym wszystkim jakoś nam było ciężko na duszy i jakoś tak niewesoło. I bolały nas nogi. Wychodząc z Bazyliki swoje kroki skierowałyśmy dokładnie na drugą stronę rynku. W jednej z uliczek odchodzących w stronę bazaru zjadłyśmy genialny obiad. (Al Sufara Restaurant - bardzo polecam!)  Kebab, pita, sałatka, obowiązkowo humus... wszystko świeżutkie, pachnące i przepyszne. I kosztujące trzy razy mniej niż w Jerozolimie. I znowu ta niesprawiedliwość, aż się człowiekowi serio głupio robi. Zostawiłam spory napiwek. 

Potem jeszcze tradycyjnie bazar i zakupy przyprawowe. Uwielbiam sklepy arabskie z przyprawami. Kolorowymi, pachnącymi do obłędu. Zawsze gdy jestem w takim miejscu, kupuje jakieś szalone ilości i potem w Polsce wręczam wszystkim w roli souvenirów. Tutaj przemiła starsza pani Palestynka robiąca też akurat zakupy, podpowiadała nam co wybrać, które mieszanki najlepsze do jakich potraw i jeszcze popędziła sprzedawce, żeby zmielił je dla nas w specjalnym młynku, a nie sprzedawał nam takie już wcześniej przygotowane, więc pewnie nieco już zwietrzałe. Jak się pewnie już domyślacie ceny przypraw na terenie Autonomii Palestyńskiej różniły się znacząco od tych samych przypraw sprzedawanych na targu w Jerozolimie. 

 

 

Potem lekkie zamieszanie z łapaniem taksówki i o zmierzchu dotarłyśmy na przystanek autobusu 231 kierunek Jerozolima. Ale podróż nie była już tak szybka i tak miła jak w tamtą stronę. Nagle okazało się, że mijamy granicę. O ile w drodze z Jerozolimy minęliśmy ją w sposób niezauważalny, to teraz autobus zjechał na check point i się zatrzymał. Weszła młodziutka, odbywająca służbę wojskową Żydówka z karabinem. Kazała wszystkim wychodzić. Kierowca powiedział po angielsku, że turyści mogą zostać. Więc zostaliśmy. Wysiedli tylko Palestyńczycy jadący do Jerozolimy. Za nami siedziała dziewczyna z kilkumiesięcznym niemowlęciem na ręku. Musiała wysiąść. Dziecko zaczęło płakać bo się obudziło. Musiała wysiąść babina pewnie z 85 lat, ledwo się zgramoliła po schodkach. Wysiedli. I nic się nie stało. Nie musieli nawet pokazać paszportów. Nie chodziło o to, żeby sprawdzić czy ktoś z nich nie jest poszukiwanym terrorystą, albo nie ma ze sobą bomby. Nie wydarzyło się nic, co by w jakikolwiek sposób usprawiedliwiało ich wysiadanie. Nie sprawdzono ich w żadnej bazie danych. Nikt nie zajrzał im do dokumentów. Po prostu mieli wypełnić polecenie. Chodziło o to, żeby ich upokorzyć i pokazać kto tu rządzi. Skojarzenia w mojej głowie nasunęły się same. 

Nie jestem idiotką. Wiem, słyszałam wielokrotnie o zamachach, wybuchach, bombach i samobójcach w autobusach. Ale to było świństwo. I do dziś czuje w sobie smutek i rozgoryczenie, że akurat Żydzi bawią się w ten sposób. Może jestem żenującą idealistką, ale wierzę z całego serca, że to nie budowaniem murów, upokarzaniem zwykłych ludzi i odbieraniem im godności i możliwości godnego życia zakończy się trwający dziesięciolecia krwawy spór między Żydami, a Palestyńczykami. I jedna i druga strona jest poraniona. Po jednej i po drugiej stronie są rany i blizny. Ale tego typu niby niegroźne, a przecież poniżające zachowania, tylko dorzucają kamyczki do ogródka obopólnej niechęci i żalu. 

Betlejem to smutne miasto. I moje wspomnienia z niego też są smutne. Ważne dla mnie, ale smutne. Tak też wygląda podróżowanie. 

 

* edit. Nam nie zaglądano do paszportów na tym nieszczęsnym check poincie, ale lepiej mieć ze sobą paszport. W końcu teoretycznie to granica między dwoma państwami. 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Koniecznie przeczytaj:
Please reload